Jak wskazuje Ardanowski wysokie ceny nawozów i paliwa, niskie ceny skupu oraz napływ taniej żywności z zagranicy tworzą – jak mówi – "pułapkę bez wyjścia", za którą w dużej mierze odpowiada unijna polityka.
Horrendalnie drogie nawozy
"W okresie, kiedy trzeba wychodzić wiosną w pole, kiedy terminy są nieubłagane, okazuje się, że bardzo podrożały nawozy. Przyczyna jest złożona. Ma na to wpływ również wojna w Iranie" - tłumaczy, zastrzegając jednak, że produkty, które są obecnie w sprzedaży zostały wyprodukowane po starych kosztach gazu czy ropy.
"To są produkty wytworzone wtedy, kiedy ceny były niskie. Nawozy powinny być sprzedawane po znacznie niższych cenach. Natomiast - moim zdaniem - producenci i handlowcy wykorzystują sytuację, kiedy rolnicy 'mają nóż na gardle', żeby bez skrupułów podnosić ceny" - ocenia Ardanowski.
Minister rolnictwa z lat 2018-2020 jako "strzał w plecy" określa brak działań osłonowych ze strony obecnego rządu w związku z cenami oleju napędowego.
Rolnicy w pułapce niskich cen skupu
"Kolejna sprawa: wielu rolników posiada spore zapasy zboża - około 10 mln ton. Powinno ono być wyeksportowane do żniw. To się jednak nie stanie, bo rolnicy znaleźli się w pułapce: cena zboża przez napływ z Ukrainy i załamanie produkcji trzody chlewnej (gdzie trafiała część produkcji) jest dramatycznie niska. To są ceny sprzed 15-20 lat - dobrej jakości pszenica w granicach 750 zł za tonę. Ludzie mają zapasy, a nie mają gotówki na bieżące wydatki - nawozy, paliwo, środki ochrony roślin, paszę" - wylicza polityk.
"W tej chwili właściwie żadna produkcja nie gwarantuje dochodów na utrzymanie rodziny. Być może jeszcze ceny wołowiny są w miarę wysokie. Spodziewamy się jednak, że tąpnięcie nastąpi z chwilą otwarcia rynku na żywność z krajów Mercosur, co jak zapowiedziała szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, będzie miało miejsce 1. maja" - podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski.
Jego zdaniem, to właśnie polityka UE, a nie doraźne uwarunkowania są sednem problemu.
Umowy handlowe i spadek opłacalności
„Polityka UE zmierza do dobicia rodzinnego rolnictwa europejskiego poprzez wyśrubowane normy związane z 'religią' klimatczno-środowiskową. Dla własnych rolników - niemożliwe do spełnienia wymagania, a dla wszystkich innych - umowy o wolnym handlu bez tych wymagań. KE otwiera europejski rynek na produkty żywnościowe z całego świata. Umowa z Ukrainą, podpisana dwa dni przed końcem polskiej prezydencji w Radzie UE. Umowa z krajami Mercosur. Umowa z Australią znosząca 99 proc. ceł i otwierająca rynek europejski na australijska wołowinę, zboża i produkty mleczne" - wylicza Ardanowski.
Ostrzega przy tym, by nie dać się uśpić zapisom o kwotach dostępu, kontyngentach i "hamulcach awaryjnych".
"Europa ma nasycony rynek i napływ nawet niewielkich ilości żywności z zewnątrz powoduje drastyczny spadek cen płaconych rolnikom europejskim. W konsekwencji rolnicy europejscy bankrutują i rezygnują z działalności zanim ktokolwiek zaciągnie hamulec awaryjny, czy zorientuje się, że kontyngenty zostały przekroczone. Rolnicy to doskonale wiedzą bo obserwują ten mechanizm od wielu lat" - tłumaczy.
Działania pozorowane
Pytany o działania Parlamentu Europejskiego w tej kwestii Jan Krzysztof Ardanowski odpowiada krótko: "to ściema".
"PE nie wystąpił z żadną skargą do Trybunału Sprawiedliwości UE, tylko z wnioskiem o określenie zgodności z prawem traktatowym umowy z Mercosur. To nie jest skarga tylko zapytanie o opinię prawną. TSUE - biorąc pod uwagę dotychczasowa praktykę - odpowie za około dwa lata. Natomiast umowa handlowa wchodzi w życie 1. maja i mamy sytuację jak z filmu Barei: 'nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi?'" - ironizuje.
Bezpieczeństwo żywnościowe jako racja stanu
Dopytywany, czy skutki umów o wolnym handlu są rzeczywiście tak negatywne odpowiada: "Uzależnianie prawie 500 mln Europejczyków od żywności zewnętrznej jest ogromnym błędem. To jest wielka nieodpowiedzialność polityków, którzy chodzą na pasku międzynarodowych korporacji, które rządzą rolnictwem na świecie - zarówno w Ameryce Południowej jak i na Ukrainie. Można to wręcz nazwać sabotażem".
"Łatwo sobie można wyobrazić - przeżywaliśmy to niedawno - zerwanie łańcuchów dostaw. Statki nie będą pływać, samoloty nie będą latać. I co będziemy jedli? Tylko własne rolnictwo jest w stanie zabezpieczyć bezpieczeństwo żywnościowe - równie ważne jak bezpieczeństwo militarne, czy energetyczne. Podczas II wojny światowej w Wielkiej Brytanii praca na roli była traktowana równoznacznie ze służbą wojskową" - podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski, oceniając, że model rolnictwa europejskiego - zwłaszcza polskiego i francuskiego - oparty o pracę rodzin, na naszych oczach się rozsypuje.
"Ziemia, która pozostanie po zbankrutowanych gospodarstwach, będzie w dalszym ciągu użytkowana, ale to już nie będą rolnicy indywidualni. Kto będzie kupował grunty? Fundusze inwestycyjne i banki, prowadząc do komasacji i powstania latyfundiów, jak na Ukrainie i w Ameryce Południowej. To straszna wizja, ale wcale nie odległa; wręcz przeciwnie, jest ona na wyciągnięcie ręki" - ostrzega przewodniczący RROW.
Jego zdaniem, nie powinno się takiego modelu wspierać, bo jest on niekorzystny ekonomicznie i społecznie.
"Silne polskie rolnictwo i produktywne obszary wiejskie zawsze były podstawą potęgi naszego kraju. Póki drobna i średnia szlachta, utrzymująca się z ziemi, miała przewagę nad magnatami i królewiętami, to Rzeczpospolita była światową potęgą. Oczywiście świat się zmienia i znaczenia nabierają nowe gałęzie gospodarek poszczególnych państw, jednak Polską racją stanu, obok rozwoju nowych działów, jest silne rolnictwo oparte o gospodarstwa rodzinne" - podsumowuje Jan Krzysztof Ardanowski.
Pobierz aplikację Newsmax Polska:
Aplikację Newsmax Polska można pobrać z Google Play i App Store.