W ostatnich dniach media informowały o możliwym ograniczeniu obecności części amerykańskich wojsk w Europie, w tym w Polsce. Chodzi o rotację około 4 tys. żołnierzy amerykańskiej brygady pancernej.
Według doniesień zmiany mają być związane z planami Pentagonu dotyczącymi reorganizacji sił wojskowych w Europie oraz zwiększenia odpowiedzialności państw NATO za własne bezpieczeństwo.
„To sygnał dla polskiego rządu”
Marcin Przydacz zasugerował, że działania USA mogą być również politycznym sygnałem wobec polskich władz.
– „Nie można wykluczyć, że jest to pewnego rodzaju sygnał: jeżeli chcecie grać antyamerykańską kartą, to wiedźcie, że może mieć to negatywne konsekwencje” – powiedział.
Jak podkreślił, bezpieczeństwo Polski zależy dziś od dobrych relacji pomiędzy Karolem Nawrockim a Donaldem Trumpem.
Przydacz: „Gdyby nie Nawrocki…”
Szef Biura Polityki Międzynarodowej stwierdził, że obecność wojsk USA mogłaby wyglądać inaczej, gdyby prezydentem został kandydat wspierany przez obóz rządzący.
– „Zaryzykuję twierdzenie, że gdyby dzisiaj nie było prezydenta Nawrockiego, tylko np. byłby chciany przez Donalda Tuska Rafał Trzaskowski w Pałacu Prezydenckim, to tych wojsk już dawno by nie było” – ocenił.
Przydacz zaznaczył również, że kancelaria prezydenta pozostaje w stałym kontakcie z administracją amerykańską.
Rozmowy z Pentagonem
W ostatnich dniach odbyły się rozmowy przedstawicieli polskich władz z Pentagonem. Szef BBN Bartosz Grodecki rozmawiał z przedstawicielami Departamentu Obrony USA, a wcześniej kontakty z amerykańską stroną prowadził również minister obrony.
Zdaniem Przydacza wszystkie te rozmowy wskazują, że obecne wstrzymanie rotacji może mieć charakter jedynie czasowy.
– „Efektem może być nawet to, że tych wojsk w przyszłości będzie więcej” – powiedział polityk.
Pobierz aplikację Newsmax Polska:
Aplikację Newsmax Polska można pobrać z Google Play i App Store.
Komentarze (0)