Niemiecka pamięć o Holokauście wydeptuje sobie wygodną ścieżkę. Nikt poważny nie powie dziś, że Niemcy za Zagładę nie odpowiadają. To byłaby przesada. Można jednak zostawić im rolę głównych architektów, a ciężar wykonawstwa rozlać po całej Europie: na lokalne administracje, burmistrzów, policjantów, strażaków, urzędników, sąsiadów i okupowane społeczeństwa. Wtedy wina niemiecka nie znika, ale przestaje być samotna.
W ten krajobraz wnika książka, urodzonego w Zabrzu i mieszkającego w Berlinie, polsko-niemieckiego historyka, Grzegorza Rossolińskiego-Liebe: „Polnische Bürgermeister und der Holocaust. Besatzung, Verwaltung und Kollaboration” („Polscy burmistrzowie i Holokaust. Okupacja, administracja, kolaboracja”).
Na pierwszy rzut oka to poważna naukowa książka. W praktyce zaś bardzo sprawna próba przesunięcia spojrzenia światowej opinii publicznej z niemieckiego okupanta na polskiego burmistrza. Z państwa, które zaplanowało i przeprowadziło Zagładę, na ludzi wepchniętych w niemiecki system terroru.
Niemiecki terror w tle
Cała sprawa zaczęła się od przekonania, że skoro coś ma ponad tysiąc stron, to pewnie jest nie do ruszenia. Już sama okładka ustawia czytelnika. Na niej Julian Kulski, komisaryczny burmistrz okupowanej Warszawy. A jednocześnie wieloletni przyjaciel i współpracownik prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego.
Obok tytuł: polscy burmistrzowie i Holokaust. Pod spodem: okupacja, administracja, kolaboracja.
Małgorzata Bogusz z Fundacji Kulskich mówi dla Newsmax Polska, że pierwszą reakcją Fundacji był wielki szok i analiza treści tej ponad tysiącstronicowej publikacji. Podkreśla, że w toku sprawdzania okazało się, że argumenty autora okazują się nieprawdą i zaprzeczają dotychczasowym badaniom dotyczącym okupacji oraz Generalnego Gubernatorstwa.
Jeszcze mocniej ujmuje to w rozmowie z nami Małgorzata Bochwic-Iwanowska, ekspertka od relacji polsko-niemieckich, obecna na berlińskiej prezentacji książki.
"Nie wybrzmiała informacja o tym, że za jakąkolwiek pomoc Żydom Polakom groziła kara śmierci. Nie wybrzmiała informacja, że Julian Spitosław Kulski przez dwa lata ukrywał Żydów u siebie w domu" – zwraca uwagę Bochwic-Iwanowska.
Tu właśnie leży problem: z realiów okupacji wyciąga się polskiego urzędnika, obok stawia Holokaust, a niemiecki terror zostaje gdzieś w tle. Jak scenografia, bez której niby wszystko się dzieje, ale o której mówi się coraz ciszej.
Zmienić słownik okupacji
Najpierw trzeba rozbroić słowo burmistrz, które dziś brzmi swojsko. Burmistrz to przecież wybory, samorząd, lokalna władza, budżet, sesja rady miasta, przecięcie wstęgi, awantura o chodnik i kanalizację. Normalna, cywilna polityka. Jeśli zachodni czytelnik widzi tytuł Polscy burmistrzowie i Holokaust, jego głowa robi skrót: polska lokalna władza i Zagłada. I już. Robota wykonana.
Tyle że burmistrz w Generalnym Gubernatorstwie nie był żadnym dzisiejszym samorządowcem. Nie miał mandatu od mieszkańców. Nie był gospodarzem miasta w normalnym znaczeniu tego słowa. Funkcjonował pod niemieckim przymusem, w niemieckiej administracji okupacyjnej, pod niemieckimi rozkazami.
"Nie było żadnych wyborów" – mówi dr Damian Sitkiewicz z IPN, gdy pada pytanie, czy burmistrzowie byli wtedy wybierani tak, jak kojarzymy to dzisiaj.
Najniższym szczeblem, jeżeli chodzi o organy administracji niemieckiej, który podejmował jakiekolwiek decyzje, był Kreishauptmann, tudzież Stadthauptmann. Zadaniem burmistrzów było wykonywanie zadań, rozkazów właściwie, trudno tu nawet mówić o zadaniach, rozkazów, które zlecali Niemcy.
Polak na urzędzie zaczyna wyglądać jak ktoś, kto współrządzi. Tymczasem w tym systemie wykonywał wyłącznie polecenia okupanta. Sitkiewicz mówi zresztą jeszcze mocniej:
"Polacy nie stanowili żadnego prawa. Burmistrz nie miał prawa ustanawiać żadnych praw, tak na dobrą sprawę. Żaden burmistrz. Nie mylmy urzędu dzisiejszego burmistrza czy rady miasta, która obecnie istnieje, z tamtymi warunkami".
Niemiecka okupacja? A skąd. Ich tam prawie nie ma
Rossoliński-Liebe wie zresztą, kto trzymał realną władzę. W rozmowie na kanale historycznym tygodnika „Polityka” przyznaje, że wszystkie ważne ze strategicznego punktu widzenia urzędy były obsadzane Niemcami.
Opowiadał też, że nowych burmistrzów wyznaczała na początku okupacji niemiecka władza wojskowa, a jeśli przedwojenny burmistrz zostawał, to dlatego, że Niemcy uznali, iż się nadaje, jest lojalny, zna niemiecki albo da się z nim porozumieć. Nawet w tej opowieści widać więc, kto wybierał, kto oceniał, kto zostawiał, kto wyrzucał, kto trzymał rękę na gardle miasta. Niemcy. A jednak tytuł i konstrukcja książki prowadzą czytelnika do polskich burmistrzów.
Drugi ruch dotyczy nazwy całego systemu. W normalnej polskiej pamięci mówimy: niemiecka okupacja, niemiecka administracja, Generalne Gubernatorstwo, aparat Hansa Franka, niemiecki terror. Rossoliński-Liebe próbuje ten słownik rozmiękczyć.
Dr Sitkiewicz zwraca uwagę, że autor tworzy własny świat dotyczący okupacji: "Ja naprawdę mógłbym powiedzieć, że ta książka momentami przypomina science fiction i nie są to słowa na wyrost. Dlaczego? Dlatego, że okupacja w Polsce jest przedstawiona w taki sposób, jakby Niemców właściwie tam prawie, że nie było" - mówi Sitkiewicz.
A mówimy przecież o Generalnym Gubernatorstwie, o niemieckim tworze okupacyjnym, powołanym przez Hitlera, zarządzanym przez Niemców, opartym na przemocy, głodzie, terrorze, rozstrzeliwaniach, łapankach, obozach i rasistowskiej hierarchii. Tymczasem w nowej opowieści aparat niemiecki zaczyna się rozmywać. Na pierwszy plan wychodzi lokalny urzędnik. Jeszcze ciekawiej robi się przy określeniach typu władze niemieckie czy niemiecka administracja.
"Generalne Gubernatorstwo i rząd Generalnego Gubernatorstwa został powołany na podstawie dekretu Führera. Jeżeli został powołany na podstawie dekretu Führera, to znaczy jedno: że jest to podmiot prawa niemieckiego w tamtym czasie" – mówi dr Sitkiewicz.
Jeśli coś powołał Hitler, zorganizowali Niemcy, obsadzili Niemcy, nadzorowali Niemcy i utrzymywali terrorem Niemcy, to jest to niemiecka administracja okupacyjna. Można badać, jak w tę administrację wciągano Polaków. Można sprawdzać, kto zachował się haniebnie, kto tchórzliwie, kto gorliwie, kto próbował minimalizować straty. Nie wolno jednak podmieniać nazwy całego systemu, bo od podmiany nazwy zaczyna się podmiana odpowiedzialności.
Najbardziej jaskrawym przykładem jest tzw. Rząd krakowski, czyli Krakauer Regierung. Dr Sitkiewicz podczas debaty w Przystanku Historia IPN mówił, że określenie to pojawia się w książce kilkadziesiąt razy, około 80.
"W oficjalnych dokumentach niemieckich Rządu Generalnego Gubernatorstwa taka nazwa, takie określenie się nie pojawia. To jest oczywiście pewna zbitka, zupełnie fałszywie przedstawiona, niefunkcjonująca" - mówił historyk.
Rząd krakowski brzmi niepozornie. Nawet elegancko. Tylko że Kraków nie brzmi jak Berlin. Kraków nie brzmi jak III Rzesza. Kraków brzmi lokalnie, swojsko, po polsku. Wystarczy zmienić nazwę, a zmienia się skojarzenie. Zamiast niemieckiego rządu Generalnego Gubernatorstwa mamy jakiś rząd krakowski. Zamiast narzędzia okupacji mamy twór z geograficzną etykietą, która odsuwa sprawcę na bok.
To Niemcy tworzyli administrację
Historycy wskazują mechanizm, który za tym stoi: skoro pojawia się rząd krakowski, można odnieść wrażenie, że władza była w jakiś sposób nie niemiecka. Zwracają też uwagę, że sformułowania o administracji polsko-niemieckiej czy sugestie istnienia jakiegoś państwa polsko-niemieckiego zupełnie nie mają potwierdzenia w faktach.
"To Niemcy tę administrację stworzyli. Rząd Generalnego Gubernatorstwa nie był jakimś rządem kolaboracyjnym" – podkreśla Sitkiewicz.
Właśnie tak zaczyna się praca „na pamięci”. Nie trzeba walić młotkiem. A nawet nie wolno. Nie trzeba pisać, że Polacy mieli swój rząd przy Niemcach. Lepiej przez tysiąc stron żonglować słowami: współpraca, kooperacja, polsko-niemiecka administracja, Rząd krakowski, burmistrzowie, kolaboracja.
Po takim zabiegu czytelnik nie musi znać realiów okupacji. Jego głowa sama układa obraz: skoro była administracja polsko-niemiecka, skoro byli polscy burmistrzowie, skoro była kolaboracja, to Polska nie była tylko ofiarą. Była częścią aparatu.
Cegła, która ma robić wrażenie
Ponad tysiąc stron książki działa na wyobraźnię. Zwłaszcza na człowieka, który tej książki nie przeczyta. Do tego prestiżowe niemieckie wydawnictwo De Gruyter, niemiecka habilitacja, archiwa, przypisy, open access, wielki aparat naukowy. Wygląda to bardzo poważnie. „Czytelnik” może spokojnie założyć, że skoro ktoś napisał taką cegłę, to pewnie temat rozpoznał od początku do końca.
Prof. Grzegorz Berendt, były dyrektor Muzeum II Wojny Światowej, podczas debaty w IPN mówił jednak coś dokładnie odwrotnego:
"Po przeczytaniu tych 1040 stron autorskiego tekstu odnosi się wrażenie, że autor albo nie umie selekcjonować informacji, albo stworzył tak obszerne pod względem objętości dzieło, aby odstręczyć większość czytelników od sięgania po nie" - podkreślał.
Objętość książki stała się zresztą argumentem samym w sobie. Jak to: krytykujesz tysiąc stron? Przeczytałeś? Sprawdziłeś? Przeciętny odbiorca odpuszcza. Zostaje mu tytuł, okładka, kilka zapowiedzi, parę cytatów w niemieckich instytucjach i ogólne wrażenie, że sprawa jest naukowo załatwiona.
Prof. Berendt zwraca zresztą uwagę, że skoro książka stawia tak ciężką tezę - że badana grupa burmistrzów rzekomo uczestniczyła w organizowaniu prześladowań, a nawet w mordzie dokonanym na Żydach - autor powinien tę tezę naprawdę porządnie udowodnić.
"Powinno się dążyć do tego, żeby to udowodnić, a nie ukryć te dowody, rozwodnić je w tysiącu, w symbolicznym tysiącu zupełnie niepotrzebnych informacji" – zwracał uwagę prof. Berendt.
Dodaje też, że po kilku albo kilkunastu stronach podrozdziału czytelnik dochodzi nieraz do dość prostego wniosku: - Rozkazy wydawali Niemcy, poddani byli negatywnym następstwom tych rozkazów i Polacy, i Żydzi.
A więc rozkazy wydawali Niemcy. Tymczasem ginie to w gąszczu pojęć, przykładów, komentarzy, fragmentów o administracji, mieszkaniach, podatkach, dostawach, pracy przymusowej, furmankach, wodzie, gazie i wszystkim, co da się wpisać w codzienne funkcjonowanie miasta pod okupacją. Z tej masy ma wyjść jedno skojarzenie: polski burmistrz był trybem Holokaustu.
Zakres badania wygląda znacznie skromniej niż tytuł. Rossoliński-Liebe podczas wykładu w synagodze w Kolonii (zorganizowanym zresztą akurat 19 kwietnia, w rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim) mówił, że w książce pojawia się 50 burmistrzów, a 35 jest badanych pogłębienie.
Wspominał także, że kilku badanych burmistrzów nie przeżyło wojny, wielu było aresztowanych, burmistrzowie zwykle współpracowali z ruchem oporu, najczęściej z Armią Krajową, a niektórzy - jak Julian Kulski - mieli kontakt z polskim rządem emigracyjnym w Londynie. A więc: burmistrzowie współpracujący z AK. Burmistrzowie aresztowani przez Niemców. Burmistrzowie kontaktujący się z rządem w Londynie. Część nie przeżyło wojny. I z tego materiału w świat idzie opowieść pod tytułem: Polscy burmistrzowie i Holokaust.
Ilość badanych burmistrzów jest zresztą kolejnym zarzutem metodologicznym. "Ciekawa rzecz, że burmistrzów było około pięciuset, a autor bierze na warsztat próby około pięćdziesięciu, ale właściwie to około trzydziestu pięciu burmistrzów. Czyli to jest grupa mniejsza niż 10 procent" - zwraca uwagę dr Sitkiewicz.
Sitkiewicz nie twierdzi zresztą, że każdą postać należało przebadać od urodzenia do śmierci. Sam przyznaje, że przy takim temacie pełna kwerenda byłaby karkołomna. Problem leży w czym innym: z ograniczonej próby, z wybranych przypadków, z niepełnych źródeł, z pominięciem części materiałów niemieckich i całego dystryktu Galicja powstaje narracja o polskich burmistrzach. Bez hamulca w tytule. Bez zabezpieczenia przed masowym skrótem.
"Miał do dyspozycji również materiały krajsów, czyli materiały starostw i nie przejrzał też materiałów dystryktowych" - mówi Sitkiewicz, wskazując na pominięte dokumenty niemieckiej administracji. A o samej metodzie: Są różne metody działania, czyli manipulacje na tekście, powoływanie się na dokumenty, w których treść jest inna niż autor w ogóle cytuje, jakieś niedomówienia, komentarze, takie wstawki, które są w ogóle niehistoryczne.
Jeśli historyk mówi, że autor powołuje się na dokumenty, których treść jest inna niż to, co z nich wyprowadza, to po co powstała ta książka?
Fundacja wytyka błędy
Podobne przykłady przywołuje Małgorzata Bogusz, prezes Fundacji Kulskich na rzecz relacji polsko-amerykańskich, przy Julianie Kulskim. Jeden z nich dotyczy opłat za media dostarczane do getta: wodę, prąd i gaz.
Z książki w pierwotnej wersji (po gwałtownym proteście Fundacji pojawiła się errata) wynikało, że Kulski jako burmistrz domagał się od Judenratu ogromnych kwot, co wpisuje się w tezę o wykorzystywaniu Żydów i czerpaniu korzyści z ich bezradności. Według Małgorzaty Bogusz dokumenty, na które powołuje się Rossoliński-Liebe, nie są pismami Kulskiego do Judenratu.
"Wbrew treści książki te źródła i te dokumenty nie są pismami Juliana Kulskiego do Rady Żydowskiej, czyli Judenratu, tylko oficera SS, Ansberta Rodeka, członka niemieckiej administracji Warszawy" - mówi prezes Fundacji Kulskich.
W wersji skorygowanej mowa jest już o liście Ansberta Rodecka do Stadthauptmanna, w którym Rodeck wskazywał na „spór między przewodniczącym Judenratu a komisarycznym burmistrzem Warszawy” dotyczący kwoty za zużycie gazu. A więc już nie „Kulski żądał” tylko „Rodeck pisał o sporze”.
Znowu wracamy do tego samego punktu: niemiecki urzędnik znika w tle, polski burmistrz wychodzi na pierwszy plan. Dokument niemieckiej administracji ma pracować przeciwko Kulskiemu. Niemiecki przymus zaczyna wyglądać jak polska inicjatywa.
Volksdeutsch i polski burmistrz w jednym szeregu
Bardzo ciekawie wygląda też sprawa volksdeutschów. Prof. Berendt zwracał uwagę, że autor deklaruje koncentrację na osobach narodowości polskiej, ale do badanej grupy wprowadza kilku burmistrzów, którzy zadeklarowali narodowość niemiecką.
"Tych kilku volksdeutschów jest potrzebnych, bo to byli jedyni ludzie z grupy badanej przez autora, którzy dopuścili się osobiście własnymi rękami maltretowania i mordowania Żydów" - mówił prof. Berendt.
Skutek? Najcięższe przykłady osobistej przemocy pochodzą od volksdeutschów, a masowy komunikat brzmi: polscy burmistrzowie.
Małgorzata Bochwic-Iwanowska mówi z kolei o przypisywaniu burmistrzom kształtowania polityki komunalnej wspólnie z niemieckimi starostami. Na pytanie, czy to było możliwe, odpowiada krótko:
"Oczywiście, że to nie było możliwe. W ciągu niespełna sześciu lat okupacji niemieckie władze okupacyjne wydały 1700 zarządzeń dla Generalnego Gubernatorstwa i całe funkcjonowanie administracji opierało się na tych zarządzeniach. O żadnym kształtowaniu (przez Polaków – redakcja.) w ogóle nie było mowy".
Jeżeli cała administracja działała na podstawie niemieckich zarządzeń, najważniejsze decyzje zapadały w niemieckim aparacie, a polski burmistrz nie stanowił prawa, mówienie o wspólnym kształtowaniu polityki komunalnej służyć może wyłącznie zacieraniu różnic między systemem przemocy a człowiekiem złapanym w ten system.
Kulski. Twarz przyklejona do winy
Każda wielka opowieść potrzebuje twarzy. Sama administracja jest przecież nudna. Urzędnicy miejscy? To brzmi sucho. Polityka komunalna nie poruszy nikogo poza garstką specjalistów. Ale fotografia konkretnego człowieka na okładce, obok słów Holokaust i kolaboracja, działać będzie od razu. Bez przypisów. Bez archiwów. Bez tysiąca stron. Tą twarzą stał się Julian Spitosław Kulski, komisaryczny burmistrz okupowanej Warszawy.
Julian Kulski był wiceprezydentem Warszawy od 1935 roku, wieloletnim współpracownikiem Stefana Starzyńskiego, człowiekiem zaangażowanym w budowę nowoczesnej stolicy II RP. Po aresztowaniu Starzyńskiego przez Niemców podjął decyzję o zarządzaniu miastem.
"Za zgodą podziemia, za zgodą władz na emigracji, za zgodą Polskiego Państwa Podziemnego, podjął heroiczną decyzję, by przyjąć od władz niemieckich, bo zostało to w pewnym sensie na nim wymuszone, zarządzanie miastem Warszawą" – przypomina Małgorzata Bogusz.
A to już całkiem zmienia perspektywę. Julian Kulski nie był człowiekiem, który z własnej woli wszedł do niemieckiego aparatu. Został wciśnięty między okupanta, miasto, głód, strach, podziemie i odpowiedzialność za mieszkańców. Można badać jego decyzje. Można pytać, co podpisał, a czego nie, gdzie miał pole manewru, gdzie go nie miał, ale bez tej ramy robi się z niego postać zupełnie inną niż był w rzeczywistości.
Fundacja Kulskich widzi problem właśnie w tej podmianie. Małgorzata Bogusz mówi o masie błędów, wypaczeń, niedociągnięć i fałszywych interpretacji dotyczących Kulskiego. Przywołuje przykład ze strony 443 książki, gdzie autor - według niej - bez źródłowego potwierdzenia twierdzi, że Kulski reprezentował interesy chrześcijańskiej Warszawy kosztem Żydów przy rozmowach o granicach getta.
"Ten zapis jest sprzeczny z ustaleniami i wnioskami samego autora, o którym on pisze na kolejnych stronach swojej książki" - podkreśla prezes Fundacji Kulskich.
Kulski jest dla tej opowieści idealny także dlatego, że jest symboliczny. Warszawa. Starzyński. Ratusz. Państwo podziemne. Powstanie. Stolica. Uderzenie w niego działa szerzej niż spór o jedną biografię. Bogusz mówi wprost, że próbując obalić prawdę o Kulskim i członkach ratusza, autor próbuje uderzyć także w Stefana Starzyńskiego - figurę dla polskiej pamięci jednoznacznie bohaterską.
Choć Julian Kulski przez dwa lata ukrywał Żydów u siebie w domu to autor książki rozdziela u Kulskiego sferę prywatną i służbową, jakby w okupowanej Polsce człowiek mógł sobie wygodnie podzielić życie na prywatne ratowanie Żydów i zawodowy antysemityzm. Brzmi to jak konstrukcja wymyślona po to, by żaden fakt nie przeszkadzał tezie. Kulski ukrywał Żydów? Tym gorzej dla Kulskiego: prywatnie był dobry, zawodowo zły. Działał za zgodą państwa podziemnego? Tym gorzej dla państwa podziemnego: można napisać o legitymizowaniu współpracy. Nie miał realnej władzy, bo decyzje były w rękach Niemców? Tym gorzej dla logiki: zawsze znajdzie się podpis, pismo, notatka, administracyjny ślad, który da się opowiedzieć jako współudział.
Najbardziej uderzająca jest jednak statystyka przywoływana przez Małgorzatę Bogusz. Według niej na ponad 1100 stronach książki odwołania do Kulskiego pojawiają się około 700 razy. Do Hansa Franka - około 70. Do Heinricha Himmlera - 3.
"Chyba to nie wymaga komentarza, o czym jest ta książka, bo bynajmniej nie jest o niemieckiej okupacji, tylko o jakimś wykreowanym świecie" – podkreśla prezes Fundacji Kulskich.
Nawet jeśli ktoś będzie spierał się o dokładne liczby, sens tej uwagi zostaje. Fokus pada na polskiego burmistrza. Hans Frank, człowiek symbolizujący niemiecką władzę w Generalnym Gubernatorstwie, schodzi na dalszy plan. Himmler niemal znika. W książce o Holokauście i okupacji niemieckiej skupiamy się na Kulskim. Niemcy są za nim. W tle. Rozmazani.
Pieczęć instytucji, łatka nacjonalisty
W takich sprawach ogromne znaczenie ma nie tylko to, co się mówi, ale gdzie się mówi. Ta sama teza wypowiedziana w przypadkowej salce i ta sama teza wypowiedziana w Domu Konferencji w Wannsee brzmią i ważą zupełnie inaczej. Instytucja daje powagę, a publiczność dostaje sygnał: skoro mówią o tym tutaj, sprawa jest poważna.
Małgorzata Bochwic-Iwanowska podkreśla, że Dom Konferencji w Wannsee to jedna z najważniejszych niemieckich instytucji polityki historycznej. Miejsce szczególne, bo tam nazistowska elita omawiała logistyczne szczegóły Zagłady.
"I oto w takim miejscu we wrześniu odbywa się spotkanie autorskie z panem Rossolińskim-Liebe" - podkreśla.
Cytuje też zapowiedź wydarzenia: - W Generalnym Gubernatorstwie okupowanym przez Niemcy burmistrzowie byli najwyższymi polskimi urzędnikami administracji. Działali oni pomiędzy nazistowską władzą okupacyjną, a polską ludnością cywilną. W tej roli zostali skonfrontowani z Holokaustem, podczas którego w Generalnym Gubernatorstwie zamordowano ponad 2 miliony Żydówek i Żydów z Polski i innych krajów europejskich.
Trudno nie zauważyć, że jest to bardzo zgrabnie napisane. Aż może nawet zbyt zgrabnie. Co mamy w zapowiedzi? Najwyżsi polscy urzędnicy. Generalne Gubernatorstwo. Holokaust. Dwa miliony zamordowanych Żydów. Nikt nie musi już stawiać kropki nad i. Odbiorca sam ją postawi.
"Czyli tutaj mamy najwyższych polskich urzędników administracji i 2 miliony zamordowanych Żydów w Generalnym Gubernatorstwie. No oczywiście jest absolutnie ewidentne, jak każdy to rozumie" - podsumowuje gorzko Małgorzata Bochwic-Iwanowska.
Do tego dochodzi wydawnictwo. De Gruyter, open access, prestiż, darmowy PDF, akademicki obieg. Sam Rossoliński-Liebe podczas wykładu w synagodze mówił wprost:
"To jest długa książka, której prawdopodobnie państwo nie przeczytają. Dlatego dobrze, że przyszli Państwo dzisiaj, bo ten wykład może być takim punktem orientacyjnym w książce. Książka ukazała się w Open Access, to znaczy jest dostępna na stronie wydawnictwa De Gruyter. Można tam pobrać PDF albo inny format i czytać ją bezpłatnie" - mówił autor.
Właściwie sam opisał działanie tej publikacji. Książki większość ludzi nie przeczyta. Ale wykład obejrzy. Zapowiedź przeczyta. Tytuł zapamięta. Darmowy PDF nada sprawie rangę dostępnej prawdy naukowej. A potem ta sama rama pójdzie dalej: w podcasty, debaty, teksty, zapowiedzi wydarzeń i dyskusje akademickie.
Nie ma dyskusji
W świecie nauki, gdy pojawia się krytyka, można zrobić rzecz typową dla tego świata: odpowiedzieć na zarzuty. Pokazać dokumenty. Wyjaśnić metodę. Wejść w spór z innym historykiem, który punktuje źródła. Ale można też zrobić coś wygodniejszego: przykleić krytykom etykietę. A etykieta jest gotowa: nacjonaliści. Polscy nacjonaliści. Skrajni nacjonaliści. Ludzie, którzy nie chcą trudnej historii, bo wolą narodową legendę. Zachodni odbiorca od razu wie, komu ma współczuć, a kogo traktować z podejrzliwością.
Dr Sitkiewicz opowiada, że podczas berlińskiego spotkania zadał pytanie, czy autor odniesie się do jego recenzji. Odpowiedź była krótka: nie, bo recenzja rzekomo nie ukazała się w czasopiśmie naukowym.
"To jest oczywiście nieprawdą, dlatego że Polish Jewish Studies, czy Studia Polsko-Żydowskie, to jest czasopismo, które znajduje się na liście czasopism naukowych" - mówił Sitkiewicz. I dodawał: - Nie ma dyskusji, bo on zupełnie nie ma ochoty do dyskutowania.
Najpierw mówi się więc o wolności nauki, a gdy pojawia się naukowa recenzja, można uznać ją za nienaukową. Gdy pyta historyk IPN, robi się z niego przedstawiciela obozu politycznego. Gdy protestuje Fundacja Kulskich, można opowiedzieć zachodniej publiczności historię o zastraszaniu, naciskach i strachu przed rozmową o Holokauście.
Sitkiewicz ujął to najkrócej: - Kto się nie zgadza z jego tezami, ma łatkę nacjonalisty, otrzymuje taką łatkę nacjonalisty i z taką osobą się nie dyskutuje.
Małgorzata Bogusz dodaje, że podobną łatkę przypięto także Fundacji Kulskich.
Jeśli każdy, kto pyta o niemieckie źródła, realia okupacji, błędy w przypisach, status recenzji, Juliana Kulskiego, Strafana Starzyńskiego, rolę Hansa Franka, karę śmierci za pomoc Żydom i konstrukcję polsko-niemieckiej administracji, zostaje odesłany do worka z nacjonalistami, dyskusja właściwie się kończy. Nie trzeba odpowiadać. Wystarczy wzruszyć ramionami.
Polityka, która stoi za drzwiami
Czy możemy sobie powiedzieć: „spokojnie, to tylko książka”? To przecież tylko spór historyków, proszę nie mieszać do tego polityki. Możemy spróbować, ale polityka już tam jest. Weszła przed nami.
Sam Rossoliński-Liebe w rozmowie z prof. Michałem Bilewiczem (socjologiem z UW który twierdzi np., że mord w Jedwabnem był efektem wpływu „Rycerza Niepokalanej” - pisma założonego przez o. Maksymiliana Marię Kolbego) opowiadał o odwołaniu spotkania z nim w berlińskiej Topografii Terroru po interwencji polskiej dyplomacji. Jego zdaniem polska strona obawiała się, że dyskusje o książce będą opisywane w prasie, a dwa tygodnie później miało odbyć się spotkanie rządów Polski i Niemiec w Berlinie, na którym planowano rozmawiać o pomniku dla polskich ofiar.
"Mi się wydaje, że to były jakieś dziwne obawy przed tym, jak prezentacja tej książki może wpłynąć na przebieg rozmów między polskim a niemieckim rządem" - mówił Rossoliński-Liebe.
Dodawał też, że można potraktować jego książkę jako coś, co może wzmocnić polsko-niemieckie stosunki, jeśli zaczniemy rozmawiać otwarcie o kolaboracji i współpracy polskich urzędników w Generalnym Gubernatorstwie. Czyli mamy pomnik polskich ofiar w Berlinie, rozmowy rządowe, polsko-niemieckie stosunki, kolaborację i współpracę polskich urzędników. A wszystko w jednym ciągu wyrazów.
Trudno potem udawać, że książka żyje w szklanej gablocie nauki. Ona od początku wchodzi w pole polityki pamięci. A w relacjach polsko-niemieckich pamięć nie jest dodatkiem do dyplomacji, tylko jednym z głównych pól walki. Kto jest ofiarą? Kto jest sprawcą? Kto ma moralny dług? Kto ma się tłumaczyć? Kto może mówić o reparacjach, zniszczeniach, rabunku i odpowiedzialności, a komu natychmiast przypomni się jego ciemne karty?
W debacie IPN bardzo podkreślał to dr Krzysztof Rak. Według niego w niemieckiej polityce historycznej widać tendencję do wypychania Polaków z roli ofiar.
"Dzisiaj w oficjalnych wystąpieniach Polacy wypadli z roli ofiar" – zwraca uwagę dr Rak. Gdy Niemcy oficjalnie wyliczają ofiary, to mówią: Żydzi, Sinti, Romowie, homoseksualiści. Celem niemieckiej polityki historycznej jest pozbawienie Polaków statusu ofiar. I na tym ta polityka polega. Dlatego ta książka dokładnie wpisuje się w tę tendencję.
Można tę tezę podważać, ale trudno jednak udawać, że problemu nie ma, skoro równolegle widzimy książkę, w której polscy burmistrzowie zostają przypisani do Holokaustu, a polskie ofiary natychmiast przykrywa się polską korzyścią z żydowskiej tragedii.
Sprytna manipulacja: znika Niemiec, pojawia się cwany Polak
Małgorzata Bochwic-Iwanowska przytacza fragment, który dobrze pokazuje ten ruch. Najpierw autor pisze, że niemieccy okupanci zamordowali około dwóch milionów Polaków, czyli około 10 proc. polskiej ludności chrześcijańskiej. A zaraz potem - jak zwraca uwagę ekspertka- pojawia się odpowiednie wyjaśnienie: Polacy czerpali korzyści z mordowania Żydów i również z tego powodu się do niego przyczyniali.
Czy to już inżynieria społeczna? Polskie cierpienie nie może wybrzmieć samo. Trzeba je od razu skleić z polską winą. Dwa miliony polskich ofiar? Dobrze, ale pamiętajmy, że Polacy korzystali z mordowania Żydów. Niemiecka okupacja? Dobrze, ale badajmy współsprawstwo. Pomnik polskich ofiar w Berlinie? Dobrze, ale najpierw porozmawiajmy o kolaboracji polskich urzędników.
W takim układzie Polska ma prawo mówić o ofiarach, ale pod warunkiem, że najpierw przyjmie rachunek win. Ma prawo domagać się pamięci, ale z przypisem o współsprawstwie. Ma prawo mówić o niemieckiej okupacji, ale zaraz usłyszy o polskich burmistrzach, polskiej policji, polskiej ludności, polskich korzyściach i polskiej kolaboracji.
Niemcy nie muszą uciekać od własnej winy. Mogą ją otoczyć cudzą winą tak gęsto, żeby przestała być wyjątkowa. I w tym sensie książka Rossolińskiego-Liebego jest znacznie ważniejsza niż kolejna akademicka publikacja. To gotowy instrument do zmiany narracji historycznej: z pytania, co Niemcy zrobili Polsce, na pytanie, co Polacy robili razem z Niemcami.
Nie wypuścić sprawcy z kadru
Polska historia nie potrzebuje pudrowania. Byli Polacy, którzy ratowali Żydów. Byli Polacy, którzy się bali. Byli tacy, którzy odwracali wzrok. Byli też szmalcownicy i donosiciele. O tym trzeba pisać i trzeba to badać. Uczciwe badanie konkretnych win nie daje jednak nikomu prawa do przepisywania architektury odpowiedzialności za Holokaust.
Sam Rossoliński-Liebe w rozmowie z Michałem Bilewiczem mówił, że w Polsce trzeba rozmawiać o kolaboracji tak, aby zaakceptowano i zrozumiano ją jako część historii Polski oraz historii Holokaustu. Zarazem przyznawał, że w okupowanej Polsce nie było żadnej kolaboracji politycznej, ponieważ nie było polskiego rządu.
Skoro nie było polskiego rządu kolaboracyjnego, polskiego państwa współpracującego z Hitlerem, polskiego Vichy ani polskiego Quislinga, słowo kolaboracja powinno być używane z chirurgiczną precyzją. Wobec konkretnych osób, konkretnych czynów, konkretnych decyzji. Nie jako szerokie spektrum, które zaczyna przykrywać całe okupowane społeczeństwo.
A według Małgorzaty Bochwic-Iwanowskiej ta opowieść idzie dalej niż sami burmistrzowie. Według niej autor rozszerza odpowiedzialność nie tylko na administrację, ale wręcz na społeczeństwo. Polacy czerpiąc korzyści z mordowania Żydów sami się do tego przyczyniali. To robi z polskiego społeczeństwa zbiorowego beneficjenta Zagłady. Nawet gdy wcześniej autor wspomina o milionach polskich ofiar niemieckiej okupacji, natychmiast dokleja polską winę. Żeby przypadkiem obraz ofiary nie wybrzmiał zbyt mocno.
W tej historii najbardziej niebezpieczne jest przesunięcie ostrości. Nikt nie musi wymazywać Niemców z historii Holokaustu. Wystarczy, że niemiecki sprawca stanie się systemowy, abstrakcyjny i odległy, a polski burmistrz konkretny, nazwany, opisany i pokazany na okładce. Tak właśnie pracuje pamięć. Nie przez przypisy, ale przez obraz.
Małgorzata Bochwic-Iwanowska nazywa to klasycznym odwróceniem roli sprawcy i ofiary, połączonym z marginalizacją roli Niemców. Takie przesunięcie wchodzi głęboko w świadomość. Zamiast niemieckiego państwa, które zorganizowało Zagładę, widzimy masę lokalnych pomocników. Zamiast okupacji - współpracę. Zamiast terroru - administrację. Zamiast rozkazu - dokument. Zamiast Berlina - polski ratusz.
Polska ma mówić ciszej
Ciszej o reparacjach. Ciszej o zburzonej Warszawie. Ciszej o polskich ofiarach. Ciszej o rabunku. Ciszej o obozach, łapankach, egzekucjach, wymordowanych elitach, dzieciach wywiezionych do germanizacji, wsiach spalonych razem z mieszkańcami. Bo kiedy Polska zaczyna mówić głośniej, zawsze można jej podsunąć lustro przygotowane w niemieckim obiegu pamięci: popatrzcie najpierw na siebie, na swoich burmistrzów, policjantów, sąsiadów, urzędników.
Jaka powinna być polska odpowiedź? Spokojna, twarda i konsekwentna. Bez udawania, że każdy Polak w czasie wojny był bohaterem, ale z pamięcią, że ponad tym wszystkim stało państwo niemieckie. To ono napadło. Ono zniszczyło polską państwowość. Ono stworzyło Generalne Gubernatorstwo. Ono wydało rozkazy. Ono zbudowało aparat terroru. Ono zorganizowało Zagładę. Ono miało obozy, SS, policję, prawo, transport, karę śmierci i władzę nad życiem. Bez tego cała dyskusja nie ma sensu.
Na końcu tej dyskusji nikt nie powie: Holokaust zrobili Polacy. To byłoby zbyt prymitywne. Pojawia się więc coś sprytniejszego: przekonanie, że wszyscy byli jakoś winni, wszyscy jakoś pomagali, wszyscy coś zyskali, wszyscy mają swoje za uszami, więc może już nie wracajmy do niemieckiego długu.
I właśnie o to toczy się ta gra. Nie o jedną książkę. Chodzi o to, kto za dwadzieścia lat będzie w europejskiej pamięci sprawcą, kto ofiarą, a kto niewygodnym świadkiem, któremu trzeba dopisać współwinę, żeby przestał upominać się o prawdę.
Pobierz aplikację Newsmax Polska:
Aplikację Newsmax Polska można pobrać z Google Play i App Store.
Komentarze (1)
TeDe
Prawda i nawet nam tu swojego przydupasa przysłali, co chce Polakom spłacić niemieckie reparacje polskimi pieniędzmi...
1 dzień temu
2 0 Reply