Ekspert: Rosja stoi w obliczu krachu petropaństwa. "System się zatyka"

Rosja znalazła się w punkcie, w którym istnieje realne ryzyko załamania sie jej modelu gospodarczego opartego na eksporcie surowców - mówi w rozmowie z Newsmax Polska amerykański ekspert ds. energii i geopolityki dr. Thomas O'Donnell.

Źródło: Newsmax Polska

22.04.2026. 06:32

Ekspert: Rosja stoi w obliczu krachu petropaństwa. "System się zatyka"

O’Donnell przypomina, że od początku 2025 roku ukraińskie drony i rakiety systematycznie uderzają w kluczowe porty eksportowe nad Morzem Czarnym — przede wszystkim Noworosyjsk i Tuapse. To instalacje obsługujące około 30 proc. rosyjskiego eksportu ropy drogą morską. Do tego dochodzi presja na rafinerie wewnątrz Rosji, co zmusza Moskwę do eksportowania większej ilości nieprzetworzonej ropy, której nie jest w stanie przerobić na miejscu.

Przełom na Bałtyku: Ust‑Ługa i Primorsk pod presją

Ale — jak zaznacza — prawdziwy przełom nastąpił w marcu 2026 roku. Wtedy Ukraina rozszerzyła działania na Bałtyk, uderzając w terminale w Ust-Łudze i Primorsku. "To punkt zwroyby" mówi O’Donnell — "bo te dwa porty odpowiadają za około 40 proc. rosyjskiego eksportu ropy". W praktyce oznacza to, że pod presją znalazła się większość infrastruktury, przez którą Rosja wysyła surowiec na rynki światowe.

"Zablokowane ujście rzeki". Ryzyko cofania się ropy w systemie

Ekspert tłumaczy, że konsekwencje takich działań nie ograniczają się do chwilowego spadku eksportu. Problem ma charakter systemowy. Ropa z zachodniej Syberii trafia do portów rozbudowaną siecią rurociągów, w tym systemem Drużba. Jeśli porty przestają odbierać surowiec, zaczyna on "cofać się" w systemie. "To trochę jak zablokowanie ujścia rzeki" — wyjaśnia — "ciśnienie rośnie w całym systemie, aż w końcu trzeba zatrzymać źródło".

A zatrzymanie wydobycia na Syberii to koszmar dla rosyjskiego sektora naftowego. O’Donnell podkreśla, że te pola są technologicznie wymagające i w dużej mierze zależne od metod podtrzymywania ciśnienia złożowego. Jeśli przepływ zostanie przerwany, ropa może przestać płynąć, a ponowne uruchomienie wydobycia będzie kosztowne, czasochłonne, a czasem wręcz niemożliwe.

"Rosjanie zawsze powtarzali, że nie mogą po prostu zakręcić kurka, zwłaszcza zimą" — dodaje — "bo ryzykują trwałe uniemożliwienie wydobycia z tych złóż".

Ukraińskie ataki, to jednak tylko część układanki. Drugi kluczowy element, to wyraźna zmiana polityki USA. Ekspert przypomina, że administracja Donalda Trumpa odeszła od strategii pułapu cenowego na rosyjską ropę, która okazała się nieskuteczna wobec tzw. "floty cieni". Zamiast tego Waszyngton postawił na bardziej bezpośrednie środki: sankcje wtórne, presję dyplomatyczną i ograniczanie liczby odbiorców rosyjskiej ropy.

Indie ograniczają import. To nie przypadek.

Kluczowym polem tej strategii stały się Indie. Jak wynika z raportu brukselskiego think-tanku Europejska Inicjatywa na rzecz Bezpieczeństwa Energetycznego (EIES) z początku tego roku to właśnie tam skoncentrowano wysiłki - w postaci presji ekonomicznej - by ograniczyć zakupy rosyjskiego surowca. "To nie był przypadek" — mówi O’Donnell — "Indie były jednym z ostatnich dużych, stabilnych klientów Rosji". Spadek importu z około 1,2 mln baryłek dziennie do prognozowanych 800 tys. oznacza poważne uderzenie w dochody Kremla.

Co ważne, Waszyngton — jak zauważa ekspert — stworzył Delhi "polityczną przestrzeń manewru". Indie mogły przedstawić ograniczenie zakupów nie jako uległość wobec USA, lecz jako element szerszej strategii handlowej i dywersyfikacji dostaw. W efekcie decyzja ta wpisuje się w długofalową zmianę, a nie jednorazowy gest.

Równolegle Stany Zjednoczone objęły sankcjami największe rosyjskie koncerny naftowe — Rosnieft i Łukoil — co dodatkowo ograniczyło możliwości sprzedaży. W praktyce oznaczało to sytuację, w której Rosja miała jednocześnie mniej portów zdolnych do eksportu i mniej klientów gotowych kupować jej ropę.

Efekty zaczęły być widoczne bardzo szybko. Jak relacjonuje O’Donnell, na przełomie 2025 i 2026 roku Rosja była zmuszona ładować znacznie więcej ropy na tankowce bez wskazanych odbiorców. "Mówimy o dziesiątkach milionów baryłek, które po prostu dryfowały na morzu" — podkreśla. To znak, że system zaczyna się zatykać.

Napięcia na Bliskim Wschodzie nie ratują rosyjskich dochodów

W tym kontekście dochodzi kolejny czynnik destabilizujący: napięcia na Bliskim Wschodzie i kryzys wokół cieśniny Ormuz. Choć teoretycznie powinien on sprzyjać Rosji poprzez wzrost cen ropy, rzeczywistość okazała się bardziej złożona. Nadpodaż surowca — częściowo wynikająca z rosyjskich problemów eksportowych — ograniczyła skalę wzrostów cen.

Co więcej, Ukraina nie zamierzała dopuścić do tego, by Moskwa skorzystała na drożejącej ropie. Thomas O’Donnell zauważa, że mimo napięć międzynarodowych Kijów kontynuował, a nawet nasilił ataki na infrastrukturę eksportową. "To świadoma strategia" — mówi — "chodzi o to, by wysokie ceny nie przełożyły się na większe dochody Rosji".

Ekspert zwraca też uwagę na zmianę podejścia w Waszyngtonie. O ile po 2022 roku administracja amerykańska obawiała się, że ograniczenie rosyjskich dostaw wywoła szok cenowy, o tyle obecnie sytuacja wygląda inaczej. Na rynku pojawiły się alternatywne źródła — w tym zwiększona podaż z Wenezueli oraz potencjalny powrót większych wolumenów z Iranu, jeśli dojdzie do porozumienia.

"To oznacza, że ryzyko globalnego niedoboru jest mniejsze niż kiedyś" — tłumaczy O’Donnell — "a to z kolei daje większą swobodę w wywieraniu presji na Rosję".

W efekcie — jak podsumowuje — wszystkie elementy zaczynają się zazębiać. Ataki na porty ograniczają zdolność eksportową. Sankcje zmniejszają liczbę odbiorców. Problemy logistyczne prowadzą do nadwyżek ropy, której nie ma gdzie sprzedać. A w tle rośnie ryzyko technicznego uszkodzenia kluczowych złóż na Syberii.

"Jeśli ten trend się utrzyma" — mówi wprost — "Rosja może zostać zmuszona do podjęcia decyzji, której zawsze chciała uniknąć: zamknięcia części swoich pól naftowych". A to, zdaniem eksperta, mogłoby mieć konsekwencje nieodwracalne.

Pobierz aplikację Newsmax Polska: